Czytając Koran

Zakochałem się. Pozostając wiernym (jako-tako) synem kościoła rzymsko-katolickiego, zakochałem się w islamie. W jakiejś jego wersji oczywiście; w moim wyobrażeniu o nim jakim jest, bądź mógłby być, ale jednak. Zaczęło się od…

rozmowy o islamie z uchodźcami w tle (którym narodowy odłam, stanowiący większość „polskiego” kościoła ludowego, odmawia tego miana, powołując się debilnie na definicję; wszak jeżeli trzeba: to pierdolniem ich Arystotelesem, a jak trzeba inaczej to Platonem, a zawsze sofistyką), którą toczy w Polsce: idiota z kretynem. Jeden widzi w uchodźcy wroga, zalążek islamskiej rewolucji, stawiającej sobie za cel zbudowanie kalifatu na gruzach cywilizacji zachodnioeuropejskiej vel łacińskiej; jeżeli nie terrorystę, to co najmniej ciapatego cwaniaka, który przepłynął Morze Śródziemne na tratwie, żeby ciągnąć „socjal z eurokołchozu” i macać „nasze białe kobiety” na świętych placach (zateizowanych europejskich miast), zamiast zostać „na miejscu” i polec z kałasznikowem w rękach (młodzi ludzie rodzą się przecież po to, żeby od czasu do czasu polec na polu/wzgórzu/w kanale i kale… chwały). Drugi bełkocze coś o tolerancji, wierząc do końca (dosłownego niestety), że wszyscy, bez względu na to, jak silna jest ich kulturowa i religijna tożsamość, wkomponują się „na miękko” w postmodernistyczne tło, gdzie idee wielkie mieszają się z małymi, arcydzieła z rękodziełem „kreatywnych”, forma z bezkształtem itd., tworząc pop-breję, którą każdy „cywilizowany” alias „nowoczesny” powinien się obżerać, udając, że w wykwintnej restauracji wpiernicza ostrygi popijane najlepszym reńskim. Idiota dostaje piany na swym faszyzującym ryju, widząc w pop telewizji, kolejne ofiary zamachów (statystycznie nieliczne, co nie zmienia tego, że ich śmierć jest równie absurdalna i obrzydliwa, jak ostatnie tchnienie powstańca, co zamachnął się kosą na sztorc postawioną, na carską armatę) i wrzeszczy o multikulti i polit poprawności, wyrzygując z siebie zdanie podrzędnie złożone, z którego brunatnej logiki jest dumny: skoro wśród imigrantów są jacyś terroryści, to nawet jeżeli stanowią oni promil muzułmańskiej społeczności, w imię „bezpieczeństwa” należy pozbyć się wszystkich (Henryk Gwizjusz do Katarzyny Medycejskiej Roku Pańskiego 1572: Ilu moja Pani? Katarzyna Medycejska do Henryka Gwizjusza: Wszystkich!). Kretyn z kolei, lekko zaskoczony, że w ogóle musi wyjść poza swoje bezpieczne legowisko, w którym nie ma miejsca m.in. na wiarę na serio i konfrontację, która  nie uznaje kompromisu określonego jako rezygnacja z czegoś, co stanowi fundament tożsamości, gdzie sądy wartościujące są nie tylko „dopuszczone”, ale zrozumiałe same przez się, otóż kretyn do końca (dosłownego niestety: powtórzmy) chce wierzyć, że problem nie istnieje, dopóki nie uwierzymy, że istnieje, a wierzyć wszak nikt nam nie rozkaże; przy czym: kretyn nigdy się nawet odrobinę nie wysilił, by „Innego”, którego tak hołubi z definicji, chociaż spróbować poznać, co zresztą kretyna i idiotę łączy wręcz doskonale.

Są w Polsce ośrodki studiów wschodnich (whatever it means) i katedry arabistyki, ale zgódźmy się: przeciętny Kowalski, który nigdy nie przeczytał ani Biblii, ani żadnej papieskiej encykliki (o Czarodziejskiej górze nie słyszał, chyba, że za takową uznać Giewont) i którego poczucie estetyki wciąż określa jeleń na rykowisku (w porywie: słoneczniki Van Gogha, które wiesza na ścianie obok przeszklonej fotokopii Manhatanu), jest chyba niegotowy na rozmowę o islamie i kulturze Bliskiego (!) Wschodu (z czym, mam nadzieję, zgodzą się nawet najbardziej „wierzący demokraci”). Nie ma co się zresztą znęcać nad polskim burakiem, bo tak samo ma burak amerykański, wysłany na kilka wojen, które pochłonęły już setki tysięcy muzułmańskich ofiar, w imię zemsty za „trzy tysiące poległych pod gruzami dwóch wież” (poetyka śmierci, nie tylko Rymkiewicza ma gębę). Burak amerykański  (vide: American sniper) ma kilkadziesiąt razy mniejszą szansę by zginąć niż, jego „obłąkany religijną nienawiścią” wróg; bo choć walczy na obcej ziemi, to tak wielką właśnie ma przewagę technologiczną nad pohańcem (czasami amerykański burak w ogóle nie ma szansy polec, bo siedzi w pakamerze nadzianej elektroniką, gdzieś na pustyni w Iowa i napierdala bezpiecznie „muzułmańców” z drona, którego wujek Sam skitrał na terytorium wzorowo przestrzegającej praw człowieka Turcji vide: Good Kill). Jak sobie wyobrażę, że Kowalski z wąsem idzie na wojnę cywilizacji, powołując się przy okazji na husarię króla Sobieskiego (przypomnę: husarz, u którego boku walczyli świetni muzułmańscy Tatarzy i równie fantastyczni, choć nie zawsze wierni Rzeczpospolitej prawosławni Kozacy, otóż w czasie pokoju husarz szlachcicem był i na co dzień, zdarzało się, choć nie zawsze i nie wszędzie w Najjaśniejszej,  zajmował się m. in. pokazywaniem chamowi tj. przodkowi Kowalskiego z wąsem, gdzie jest jego miejsce), więc jak sobie to wyobrażę, robi mi się  więcej niż niedobrze. Gwoli sprawiedliwości: polski inteligent, który pozwolił rządzić Polską cwaniakom, co pragmatyzm i satysfakcję z „tu i teraz”, zaordynowali religią dla opchanej tanimi parówkami tępej masy („cieszcie się z ciepłej wody, stadionów i mostów, my tymczasem z państwowej kasy zapłacimy sobie i naszym krewnym n-razy tyle, ile płacą wam w fabrykach wolnych stref ekonomicznych i innych żenujących marketach; tak się tutaj przecież dzieje od wieków: szlachcic dymał chłopa i Żyda, a ich wszystkich ksiądz dobrodziej”)… polski inteligent wzgardzony, bardzo europocentryczny w swoich lekturach i fiksacjach, też na rozmowę z islamem gotowy nie jest. Ach, gdyby Polską rządzili ludzie mądrzy… można by liczyć na to, że formę i treść narzucą elity. Niestety jedynym naprawdę mądrym premierem po upadku komuny był śp. Tadeusz Mazowiecki, a jedynym prezydentem z klasą, jakąś historyczną świadomością (Rzeczpospolitej), śp. Lech Kaczyński. Mądrzy, urządziliby np. w Lublinie (bo unia, bo wschód) uniwersytet najbardziej islamski ze wszystkich islamskich uniwersytetów na świecie. I z tego uniwersytetu po jakimś czasie, braliby się muzułmanie naprawdę świadomi tego, że Mahomet i „jego” Słowo Boże, wiążą świat islamu z judaizmem i chrześcijaństwem, Torą i Ewangelią; świadomi, to znaczy znający te Księgi oraz religie i kultury na nich wyrosłe, na wskroś. Uniwersytet, jego biblioteki i meczety byłyby również hołdem dla racjonalizmu, nauki i piękna przyrody (czyli tego, co Zachód uczynił rdzeniem swojej tożsamości), który to hołd (w ostateczności oddany Bogu Jedynemu Stwórcy światów), przewija się przez wersety i sury Świętego Koranu. Jeżeli taki uniwersytet, nie byłby mostem łączącym Zachód ze światem islamu, a jego absolwenci zaczynem renesansu, o który każdy światły muzułmanin się modli… zjem swoje szelki, wyrzeknę się whisky oraz seksu oralnego i spróbuję nie zapłakać.

W takich oto okolicznościach przyrody, podirytowany poziomem „debaty” w sprawie wszak niebagatelnej, bo efektem arogancji i ignorancji zachodnich buraków, może być Gehenna miliarda muzułmunów, którzy na wypadek huntingtonowskiej „wojny światów” zostaną bez trudu „unieszkodliwieni” przez buraczane armie, przystąpiłem do lektury Koranu. Z tej świętej Księgi muzułmanów znałem kilka fragmentów potrzebnych mi w czasie, kiedy byłem belfrem, do przeprowadzenia kretyńskich zajęć, w trakcie których uczniowie mieli „dyskutować” m. in. o złowrogich wersetach nakłaniających do zabijania niewiernych i bicia kobiet. Zaskoczony formą (to nie jest linearna opowieść o „dziejach Izraela” i „życiu i śmierci Jezusa”), zorientowałem się po stronach kilkudziesięciu (początek mojego czytania dałby się sprowadzić do „szału nie ma”), że Koran, a co za tym idzie i islam, nie zajmuje się w pierwszy rzędzie pokojem, wojną, prawami kobiet, niewiernymi itd.; nie to jest leitmotivem objawień Mahometa. Koran jest nawoływaniem, przepełnionym wielką pasją Proroka, do wiary w Jednego Boga. To ten sam Bóg, który objawił się prorokom Izraela i powierzył misję Jezusowi  („obdarzając Go dobrocią”-wersety poświęcone Jezusowi i Maryi są przecudowne!). Bóg, który objawia się Mahometowi, jest nieskończony, niepojęty, nieśmiertelny bliski więc temu, co wiedział o Nim Orygenes, a bardzo daleki tym Jego chrześcijańskim interpretacjom, które doprowadziły do powstania idei Trójcy, opisanej przez greckie słowa, jakich w ewangeliach próżno szukać (ze „współistotnością” na czele). Mahomet podkreśla wielką wagę Ksiąg, które były przed Koranem, zachowuje więc cywilizacyjną ciągłość (!), budując jednocześnie nową religię, czego jest zresztą w pełni świadomy. Mahomet chce, by Żydzi i chrześcijanie, do których dociera ze swoimi  objawieniami (przy okazji szukając w nich sojuszników do walki z arabskimi wrogami nowej religii) odpłacili mu tym samym, czym on ich obdarza, to znaczy uznaniem realności i prawdziwości objawień. I tu zaczyna się problem: o ile bowiem każdy muzułmanin (z pominięciem morderców interpretujących Koran mniej więcej tak samo sensownie, jak trybunały Świętej Inkwizycji przesłanie Jezusa) może i powinien bez trudu przyjąć jako część swojej tożsamości staro i nowotestamentowe objawienia i nauki (czego z różnych powodów nie robi i właśnie dlatego w Polsce trzeba ufundować najlepszy na świecie islamski uniwersytet), o tyle prawowierny katolik i protestant, musi mieć problem z radykalnym wezwaniem do odrzucenia wszystkiego, co „burzy” Jedność Boga (o ludowym katolicyzmie nie wspominając z jego cudownymi obrazami, błogosławionymi, świętymi, relikwiami, Matką „Boską” i Jezusem, którego ciągle udaje się wydestylować z Trójcy i miejscowym biskupem też). Nie można wykluczyć, że istnieje wyrafinowana interpretacja islamu, która „znajdzie sposób” na Boga w Trójcy Jedynego, ale szansa jest raczej niewielka. Wracając do mojej lektury Koranu: powtarzane przez Mahometa nawoływanie do poddania się woli Boga, wiary w Jedynego Litościwego i Miłosiernego i wreszcie podążania „drogą prostą” po to, by dobrze żyć, a później zmartwychwstać i zasłużyć na raj, jest tak jasne, tak prawdziwe w swojej pasji, że pisząc wprost: trafiło mnie w serce jak strzała Amora i w mózg, jak szklaneczka pysznej szkockiej. Odkładając na półkę Koran, jednego z wieczorów poświęconych na Jego lekturę, zamknąłem oczy i zanim zbałamucił mnie Morfeusz, ujrzałem („przed oczyma duszy mojej” jako rzecze wielki Szekspir), mały meczet na pustyni, w porze wieczornej, oświetlony jedną skromną latarnią. I wtedy właśnie się zakochałem. Człowiekiem będąc nie pierwszej już młodości, oczywiście poradzę sobie szybko z tym zadurzeniem i duchową „zdradą” mojego Kościoła i mojej religii.

Niemniej: mam nadzieję, że islam już zawsze będzie w moim życiu obecny i chciałbym, żeby obecny był nie tylko we wspomnieniu.

Nie ma żadnych powodów, dla których ateiści i nieliczni wierzący chrześcijanie (w „starej” Europie, bo w USA chrześcijaństwo mocno buraczane w swej protestanckiej odmianie podzielonej na tysiące wersji, trzyma się dobrze) mieli w „imię cywilizacji zachodniej” mordować muzułmanów. I vice versa. Żeby powstrzymać (jakże realną) Gehennę tu na Ziemi, trzeba jednak spełnić kilka warunków. Po pierwsze: dobrze byłoby się wreszcie przestać zabijać. Po drugie: najwyższy czas się nawzajem poznać. Po trzecie: dobrze byłoby się pokochać. Po czwarte: jednak zaznaczyć terytoria: bo o ile jakaś forma okcydentalizacji świata islamu jest nie tylko możliwa, ale konieczna („im” i „nam”), o tyle islamizacja Zachodu  jest niemożliwa bez wyrzeczenia się lwiej części europejskiej tożsamości (powtórzmy: islam jest w jakimś sensie ciągiem dalszym, tego, co wydarzyło się w Palestynie i czego konsekwencją jest Zachód, natomiast Zachód objawienia Mahometa nie przyjął do wiadomości w wiekach średnich i dzisiaj bez utraty tego czym jest i co pozwala mu żyć m. in. ironią, ocierającą się często i dzięki Bogu bezkarnie o bluźnierstwo, na którą w islamie prawdopodobnie nie ma miejsca, islamu powszechnie przyjąć nie może); zaznaczyć terytoria to znaczy również wykopać Wuja Sama z Iraku i Afganistanu, a jednocześnie nie pozwolić wejść tam Putinowi i jego dziedzicom. Po piąte: trzeba ustalić reguły gry dla tych muzułmanów, którzy chcą być Europejczykami (Rzeczpospolita z jej historią powinna iść w awangardzie takich rozwiązań, a kroczy dumnie w buraczanym pochodzie głupców i morderców-co najmniej potencjalnych).  Po szóste: trzeba znaleźć sposób, jak Europa pozostając z Wujem Samem w sojuszu, może mu pokazać środkowy palec, kiedy chce wpakować cały Zachód w niemądrą, arcykosztowną i bywa-zbrodniczą „awanturę” (z której pośrednio i w długim okresie korzysta beznadziejnie prymitywna vel barbarzyńska Rosja). Po siódme: tysiąc dronów, spuszczających muzułmanom na głowy milion bomb wygra każdą wojną, przegrawszy jednocześnie każdy pokój; tysiąc wybudowanych szkół, bibliotek i szpitali może wojnę powstrzymać i na pewno pomoże przywrócić pokój; czas więc na plan Marshalla dla  „świata islamu”, pomoc na serio, czyli wydanie naprawdę dużych pieniądze, w naprawdę szlachetnym celu. Po ósme: Zachód i Bliski Wschód trzeba „skomunikować”, bo nic poza miłością tak nie zbliża, jak wspólnie i dzięki sobie nawzajem zarobione pieniądze; fajnie byłoby dojechać pociągiem i autostradą z Krakowa przez Wiedeń i Stambuł do np. Aleppo, o Mekce nie wspominając. Po dziewiąte: mądrze byłoby zrobić coś naprawdę razem: na przykład zaangażować światły islam w stabilizowanie państw czarnej Afryki, gdzie panoszą się już Chińczycy i swojej szansy szukają moskiewscy barbarzyńcy; można też polecieć razem np. na Marsa itd. Po dziesiąte: w/w punkty jako pierwsza powinna światu ogłosić Rzeczpospolita, zwołując kongres zachodniego i muzułmańskiego świata i kładąc kamień węgielny pod budowę największego i najlepszego na świecie uniwersytetu muzułmańskiego, o czym była mowa wcześniej.

Na koniec, pozwalam sobie na odrobinę grafomaństwa (mam nadzieję w ilości i natężeniu znośnym):

Do ciebie (Polaku podobno statystycznie przeciętny)

Powiedz: ile ty wiesz,
o islamie…
gdyby nie twoje obrzydzenie do czytania
dałbym ci zadanie:
Koranu jeden werset, werset drugi, surę całą …
gdybym nadzieję miał na twoje zmartwychwstanie, na drogę prostą, rajski ogród:
gdzie strumyki w dole, jedwabne stroje, wieczne używanie…
Ty jesteś taki, że się mogę tylko modlić w ramadanie:
niech Litościwy, Miłosierny cię ogarnie i zrozumie,
ja nie umiem.
Co ty wiesz,
o islamie…
chciałbym cię widzieć wśród ludu Księgi, ty co wiedzy rewers jesteś, wcielenie ignorancji, szatana pomiot głuchy na Słowo,
które nam jest dane…
Zrozum: dla poddanego woli Boga, orszak proroków, imię Jezusa, jego matki, tchnienie Ducha są to znaki oczywiste,
jasne i rozpoznane.
Po co ci wojna, o różnicach w Dniu Sądu, On rozstrzygnie,
dżihad niech serca zmienia i w nich zostanie.
Jego o pokój prośmy, bo, co On mówi, tak jest i dla Którego to jest łatwe i co On chce, to tak się stanie…

Wybacz, ile ty wiesz,
o islamie…
gdybyś wymówić umiał i rozumiał, to byś się modlił do bałwana białych panów:
O Huntingtonie, głosie Marsa,
wyzwolicielu spod tyranii
politycznej poprawności,
daj mi siłę, bym za mą patrię bił się krwawo i dla pohańca ni miłosierdzia nie miał, ni litości…
Bo chociaż nie wiesz, wahabitów jesteś kundlem i kamratem,
w ich nienawiści do innego, którego byłbyś katem,
gdyby cię spuścić
z łańcucha obłej hipokrytów moralności.
Jeżeli plując jadem, wołasz prawdy, to znaj prawdę taką:
to nie twój dziadek, co pasł pewnie świnie brudne,
lecz sztandar zielony, hufce harde
więcej były niż tylko ariergardą;
tak wojska króla dwóch państw i narodów wielu wsparły,
że w wieczny ogień padły: krzyżowców płaszcze białe i sumienia czarne.
I mogli mówić wierni przez następne wieki: oto jest droga prosta
i chwała Panu Światów,
a ludom pokój
w Rzeczpospolitej Jasnej, gdzie każdy może i powinien być każdemu bratem…

więc jednak: bracie… popatrz na: „pustynną różę w pełnym rozkwicie,
którą właśnie napoił obfity deszcz”,
i zamień się proszę w: „szarosrebrnego szakala o chudych bokach,
który pomyka z pustyni na pustynię
i błądzi zgłodniały, posuwając się pod wiatr,
a w końcu znajduje pokarm i wtedy rzuca zew, na który odpowiadają inni tacy jak ty,
szczupli jak sierp księżyca,
białoszarzy na obliczu,
wibrujący jak strzały wypuszczone przez Strzelca”,
bracie… tak chciałbym, żebyś „wyruszył w największych ciemnościach nocy
i przemierzył płaskowyż pustynny, podobny do wypukłości tarczy,
nietknięty szybkimi nogami podróżników”,
bracie… On ciebie i mnie stworzył tak samo,
z ekstraktu gliny, kropli spermy i grudki krwi zakrzepłej
i tak samo osądzi nas w dniu ostatnim,
bracie… uwierz mi, że modlę się codziennie za nowe odrodzenie,
za rozumienie Słów,
które nie głoszą chwały gwałciciela i mordercy,
lecz niosą pokój i wiedzę,
nikogo bowiem mord popełniony na niewinnym, nie napawa takim wstrętem i wstydem jak mnie,
najmniejszego z małych, stąpającego po tym świecie, wmieszanego w tłum,
który stara się iść droga prostą,
który się oddał bez reszty,
Bogu Jedynemu Miłosiernemu i Litościwemu,
Panu Światów…

pozwól, że zapytam:
ile ty wiesz,
o islamie…

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież


druga strona