Unia Europejska: podróż na wschód albo koniec.

Grecka tragifarsa; francuskie wybory i francuski dług; hiszpański, portugalski i włoski zjazd po równi pochyłej; węgierskie prężenie muskułów za pieniądze z MFW; schizofrenia komisarzy: ciąć, a może stymulować; niemieckie hipokryzja, czyli ordnung  tak, ale traktat z Maastricht na razie nie… jeżeli ktoś dzisiaj wierzy                w przetrwanie Unii Europejskiej, to musi być albo jej wielkim fanem (wyznawcą) albo człowiekiem co najmniej niemądrym.

Europa się kończy!

Co dzisiaj łączy Greków i Węgrów? Kłopoty rzecz jasna, ale i podobna wizja tego, jak z nich wyjść. Ani Grecy, ani Węgrzy nie wierzą, że upadające gospodarki uratuje samo członkostwo w Unii Europejskiej (Unia i jej instytucje). Albo inaczej: oni chcieliby w Unii pozostać i korzystać z jej funduszy, z możliwości jakie daje: swobodnego przepływu kapitału, towarów, usług, ludzi i idei, ale jednocześnie chcieliby „rządzić się sami”;          i nawet jeśli zgadzają się z diagnozą choroby, na którą cierpią, to absolutnie nie godzą się zaproponowaną „przez Brukselę” terapię.
Do czego tęsknią dzisiaj Niemcy i Francja? Do tego samego, to jest tzw. welfare state: państwa, które zapewniało społeczeństwom poczucie bezpieczeństwa (i napawało je dumą). Niemcy dodatkowo tęsknią za marką, bo pamiętają jak stabilnym i mocnym była pieniądzem; no i są przerażeni jak strasznie nieracjonalnym pomysłem było wprowadzenie euro, w państwach o tak różnych gospodarkach (co jest mniej istotne), przy tak nijakim nadzorze EBC i innych instytucji unijnych nad szaleństwem większości rządów (co jest znacznie ważniejsze).
Czego chcą dzisiaj młodzi Hiszpanie i Polacy? Pracy, której nie ma i nie będzie, bo nie ma żadnych pomysłów na rozwój; na przyrost bogactwa. Są jedynie chaotyczne, co rusz (albo co wybory) zmieniające się pomysły na „zaciskanie pasa”; najczęściej czyjegoś, bo przecież ani Francja, ani Niemcy (tandem mający pretensje do wyciągnięcia Europy z kryzysu) same nie mają zamiaru ciąć deficytu do założonych kiedyś i powtórzonych teraz norm. Jest nawet gorzej, bo Francja nie tylko nie chce zmniejszać swojego gigantycznego zadłużenia, ale znowu sięga (bądź zaraz to zrobi) po sprawdzone keynesistowskiej wzorce. Czyli zamiast budżetowych rygorów, będziemy mieli zwiększone wydatki publiczne i jednoczesne kręcenie nosem na obniżenie raitingu (kogo obchodzą dzisiaj czyjeś pieniądze i ich bezpieczeństwo).
Unijni komisarze blefują, że mają plany i środki na wypadek wyjścia Grecji ze strefy euro; tymczasem nie mają ani jednego (który unijny akt prawny opisuje jak to zrobić?), ani drugiego (chyba, że poważnie potraktujemy dobrodziejstwo płynące z niekończącego się dodruku euro). Blefując (nie przypominam sobie bym wstępował do organizacji hazardzistów, kiedy głosowałem za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej) miotają się jednocześnie od pokrzykiwania o dyscyplinę budżetową, po hasła (bo przecież nie pomysły) nawołujące do „stymulowania wzrostu”.
Panie i Panowie: oto Europa, która się kończy!

Powrót narodów.

Euroentuzjasta  może się na Węgrów, Greków, Francuzów… (lista jest coraz dłuższa) zżymać i psioczyć o powrocie narodowych egoizmów (w ogóle nacjonalizmu). Tylko co z tego oburzenia wynika? Bolszewickie: „jeżeli rzeczywistość przeczy ideałom, tym gorzej dla rzeczywistości”?
A przecież, o ile dwa lata temu, mainstreamowi ekonomiści i publicyści pukali się w czoła, kiedy ktoś tylko napomknął o możliwości wyjścia Grecji ze strefy euro, o tyle dzisiaj, często ci sami „mędrcy”, jak jeden mąż zgadzają się, że powrót do drachmy da Grecji możliwość realnej wyceny swojej gospodarki i oddech, którego ten kraj potrzebuje, by ruszyć do przodu (niewielu chce mówić o moralnym aspekcie „strząśnięcia długów; kolejne tabu zostało poczęte i nikt nie przejmuje się tego długofalowymi konsekwencjami…).
Niespecjalnie też wiadomo, co zrobić z orbanomiką i orbanpolityką, która wydaje się być coraz atrakcyjniejszą dla kolejnych europejskich narodów. Straszenie jest skuteczne do momentu, w którym straszący zdaje sobie sprawę, jak bardzo jest uzależniony od straszonego; ileż bowiem długów mogą sobie „odpuścić” wierzyciele, jeżeli sytuacja ich krajów daleka jest od marzeń?
Ani Angela Merkel, ani Francois Hollande nie wiedzą też, na ile w tym kryzysowym rozgardiaszu ważny jest interes Unii, a ile narodów, którym przewodzą; bo przecież Niemcy i Francja będą trwać, a Unia kto wie…
Stąd niekończące się ustalenia, negocjacje, strategie, z których prawie żadnej nie udaje się wcielić w życie.
Gdybyśmy zapytali o europejski/unijny plan na najbliższe tygodnie (o miesiącach zapomnijmy), nie dostaniemy żadnej odpowiedzi. Jeżeli zapytamy o plany dla Francji, Niemiec, czy Włoch taka odpowiedź się pojawi (czy nas ona satysfakcjonuje, to już inna para kaloszy).
Narody się obudziły z całym dobrodziejstwem inwentarza. Kto tego nie widzi jest albo ślepy albo bezdennie głupi.


Co robić?

Możemy liczyć na to, że dodruk euro („luzowanie polityki pieniężnej”; każde szaleństwo jest matką eufemizmów) przez EBC wpłynie na produktywność greckiej gospodarki (włoskiej, hiszpańskiej, francuskiej…). Możemy wierzyć, że autostrada Lizbona-Warszawa, to jest pomysł na bezrobocie wśród młodych. Możemy ufać, że lekarstwem na chorobę zadłużenia jest jeszcze większe zadłużenie albo przeciwnie: liczyć, że radykalne cięcia przeprowadzane wbrew woli narodów, uzdrowią poszczególne gospodarki. Możemy przeznaczyć więcej unijnych środków na Wspólną Politykę Rolną albo pomoc zacofanym regionom.
Tak, możemy w ciągu roku, czy dwóch wykończyć ideę i praktykę Wspólnej Europy.
Możemy się jednak zastanowić, co w kilkudziesięcioletniej historii integracji się udało, a co stało przyczyną wielkich kłopotów. I możemy poszukać innych niż keynesistowskie, pomysłów na wzrost gospodarczy.
Dżentelmeni nie sprzeczają się podobno o fakty. Nikt chyba nie zaprzeczy, że udała nam się tutaj, na tym małym kontynencie zasiedlonym przez tak liczne narody, Europejska Wspólnota Gospodarcza.
Swobodna wymiana handlowa, przy zachowaniu narodowych walut, różnych systemów podatkowych, polityki społecznej itd. święciła triumfy i była przyczyną (jedną z) bogacenia się europejskich narodów i ich pokojowej koegzystencji.
Dlaczego mamy się więc upierać przy trwaniu euro? Ze strachu przed czym? Nową wielką wojną europejską?- to absurd!
Widzimy też, czym kończy się przeznaczanie połowy unijnego budżetu na unijne rolnictwo. Czy polskie krowy dają lepsze mleko, bo polscy rolnicy dostają rokrocznie gigantyczne dofinansowanie z budżetu Unii? Czy ceny żywności są niższe niż przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej? Jeśli nie, to dlaczego mamy się zgadzać na trwanie WPR? Ze strachu przed czym-niedoborem żywności? Przecież to absurd.
Tak samo rzecz się ma z unijną polityką regionalną. Dzięki niej mamy samorządową biurokrację na poziomie województwa (po co?), czyli tysiące stołków dla członków partii i ich rodzin. A same regiony? Czy Podlasie dzięki unijnej kasie dogoniło Mazowsze, a południe Włoch dogoniło północ? Oczywiście, że nie i nigdy nie dogonią. W każdym razie nie dzięki unijnemu wsparciu.

Podróż na wschód.

Gdybyśmy mieli magiczną moc, by szybko skończyć z tym, co w Unii wydaje się być niemądre, co prowadzi do marnotrawstwa środków (w dużej części pożyczonych i obciążających następne pokolenia), a w konsekwencji do permanentnego kryzysu; gdybyśmy więc obudzili się w Unii, która bardziej przypomina EWG niż dzisiejszą samą siebie; Unii, w której nie ma WPR i euro, czy byłoby to przebudzenie w Europie niedotkniętej kryzysem?
Otóż nie, bo likwidacja absurdów sama w sobie nie musi przekładać się na pomnożenie dóbr i przyrost miejsc pracy (a niczego dzisiaj tak Europie nie trzeba jak pracy, z której płynie bogactwo).
Europie jest dzisiaj potrzebny nowy pomysł na wzrost. I tak, jak Jan Kulczyk nawołujący do „obudzenia potencjału Afryki” ma rację; tak i rację ma ten, kto pokaże Unii kierunek, dzięki któremu kryzys może się skończyć.
Na zachód od Lizbony jest tylko słony Atlantyk, na wschód od Warszawy jest wielki kraj, który potrzebuje kapitału i może wyżywić tanio całą Europę. Ba, gdybyśmy popatrzyli śmielej, gdybyśmy popuścili wodze wyobraźni, to na wschód od Warszawy są dwa państwa, które potrzebują zachodniego kapitału, zachodniego know how, a mają do zaoferowania gigantyczne przestrzenie i gigantyczne, uśpione dzisiaj możliwości.
Oczywiście różnica między Ukrainą i Rosją  (bo o nich mowa) jest taka, że Ukraina trochu do Unii chce, a Rosja chyba nie, ale przecież „wszystko płynie” (przyzwyczajenie się do raz na zawsze obowiązującego schematu, jest również przyczyną dzisiejszych kłopotów).
Już sam akces Ukrainy do Unii Europejskiej dałby jest nie tylko nowy impuls do rozwoju, ale właściwie z dnia na dzień, ulgę związaną z wielkim europejskim długiem. Zamiast WPR, wolność gospodarcza w rolnictwie i ukraińskie czarnoziemy (ekologia!).  A że Ukraina „nie jest gotowa”, że prawo, że polityka itd.? No i co z tego: czasy wymagają środków szczególnych, idei nowych, śmiałości poczynań!
Kto się zaś upiera, że Rosja nie chce być w Europie, ten tak naprawdę Rosjan nie zna (ich kompleksów, ambicji, rozczarowań…).
Zresztą: albo Unia ruszy na wschód albo jej nie będzie. Tym, jak to zrobić, niech się martwią unijni biurokraci; może choć raz się do czegoś przydadzą…

Michał Augustyn



Opublikowano: natemat.pl

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież


druga strona