Żyd wśród demaskatorów i żarliwych patriotów

Obrazoburcze publikacje dotyczące naszego antysemityzmu, dzielą Polaków w uproszczeniu na dwa obozy; mentalnie odseparowane od siebie tak, jak Amerykanie przed wojną secesyjną. Póki do wojny domowej nie doszło, może warto się przyjrzeć kilku „prawdom wiary”, z lubością głoszonym przez „żarliwych patriotów” i „demaskatorów”.).

Podział

W ramach pierwszego obozu, funkcjonują antysemici wprost, ale na potrzeby tego artykułu zapomnijmy na chwilę, o tej łatwej do zdefiniowania grupie (dla wielu publicystów łatwość to pozorna, bo antysemitą jest dla nich ten, kogo oni za antysemitę uznają i już); pamiętając, że antysemici z wojny między obozami, w sposób oczywisty korzystają (są wciąż na wolności, choć powinni wszyscy „siedzieć”, na mocy artykułu 13-tego polskiej konstytucji).
„Żarliwi patrioci” odrzucają każde oskarżenie o nienawiść do Żydów i chcą podtrzymania mitu o Polakach jako narodzie niezłomnym, szlachetnym i tolerancyjnym. Według zwolenników mitu, zbrodnie popełniane przez (polskich) Polaków na (polskich) Żydach, to maleńki margines wojennej tragedii; Polaków prawie zawsze tłumaczą okoliczności-przede wszystkim udział Żydów w budowaniu komunistycznego totalitaryzmu, nielojalność wobec Państwa Polskiego itd.; poza tym, w tej „narracji”, morduje przede wszystkim motłoch, którym łatwo manipulować, czy to Niemcom, czy funkcjonariuszom UB (wśród których jest wielu Żydów zainteresowanych kompromitacją polskiego podziemia zbrojnego).
Drugi obóz, za wszelką cenę chce zdemaskowania hipokryzji polskiej martyrologii i zdaje się nie zauważać ani europejskiego kontekstu (wielowiekowego anty judaizmu; faktu, że antysemityzm narodził się na zachodzie Europy i do Polski przywędrował stosunkowo późno itd.), ani dosyć powszechnego wśród Żydów, którzy po Holocauście zdecydowali się zostać w Polsce (nie więcej niż 10% przedwojennej populacji), uczestnictwa w budowie komunistycznego aparatu terroru i w ogóle zgody na powojenną rzeczywistość; za dobrą monetę przyjmuje się w nim również wszystkie przejawy tzw. dialogu między religijnego, czemu nie towarzyszy żadna refleksja teologiczna, czy historyczna.
Obydwie strony używają zjawiska antysemityzmu do uzasadnienia swoich wyborów politycznych.
Obóz „wściekłych na przypominanie o płonących stodołach” buduje quasi logiczny ciąg: od żydokomuny i żydowskiej niewdzięczności (rekord, co do liczby sadzonek w Yad Vashem) do rządów liberałów (dzieci członków KPP i stalinowskich oprawców) i postkomunistów („zblatowanie” z nimi było możliwe właśnie z powodu pochodzenia).
Obóz „demaskatorów” widzi w „żarliwych patriotach” (często niemalże „z definicji”: antysemitach) siły wsteczne, odpychające Polskę od zachodniej Europy (w ogóle europejskich wartości); antysemityzm łączy się tu, z generalnym obrzydzeniem do polskiego chama, którego „demaskatorzy” się boją (mimo deklarowanego przywiązania do demokracji).
Zgodnie z tradycją ostatnich dwudziestu lat, obydwa obozy ze sobą nie rozmawiają; z góry zakładając, że przeciwnik (a właściwie wróg) nie ma niczego sensownego do powiedzenia (ma złe zamiary, jest podstępny itd.). W żadnym z obozów nie pojawiają się też śmiałkowie, którzy spróbowaliby, idąc pod prąd zapotrzebowania swoich ideowych sprzymierzeńców, dyskutować z obowiązującymi w obozie tezami-dogmatami. Przy takim wyraźnie dychotomicznym (wrogim) podziale, każdy głos krytyczny jest odbierany jako odszczepieństwo, zdrada i skazuje krytykującego na marginalizację.

Żyd od niedawna zbawiony.

Od Tygodnika Powszechnego, przez Więź, Znak, dziennikarzy reprezentujących Kościół „liberalny” (vel łagiewnicki, alias posoborowy) w tym i odpowiedzialnych za Arkę Noego w, „polskojęzycznej” dla jej wrogów (przejaw zdziczenia języka i polskiego życia publicznego) Gazecie Wyborczej, aż do wszystkich agnostyków i ateistów mających pretensje do stanowienia, jaki powinien być polski Kościół, słychać zachwyty nad dialogiem katolików i Żydów (wierzących). W Niedzieli, Naszym Dzienniku, Gazecie Polskiej i radiu Maryja dialogu się nie zauważa.
W obydwu obozach, rzadko kto pyta, jaki jest cel i rzeczywista waga rozmowy między wyznawcami judaizmu i chrześcijaństwa.
Przykład pierwszy z brzegu: „Jezus, Maria-Żydzi!”- w tej grze słów, podlanej ironią, Newsweek z ostatniego tygodnia, chce zawrzeć „całą prawdę” o polskich antysemitach, którzy wyparli ze świadomości, komu zawdzięczają katolicyzm i kim jest (w każdym razie był) ich Bóg i uwielbiana przez ludowy (w domyśle: chamski) katolicyzm, Najświętsza Panienka.
Niestety nie wszystko jest takie proste i łatwo wytłumaczalne. Owszem, przeciętny polski katolik nigdy nie przeczytał Pisma Świętego i o historii swojego Kościoła nie wie prawie nic; ale tożsamość Kościoła, który odciął się od judaizmu, nie jest przecież zasługą polskiego post endeka.
Gdyby o kształcie Kościoła decydował Jezus, a nie Święty Paweł (a później Luter i inni protestanci: najczęściej zajadli antysemici), być może świadomość faktu, że bez tysięcy Żydów (pierwsi chrześcijanie) nie byłoby Kościoła, byłaby powszechna.
Jezus do końca Żydem pozostał; jednoznacznie podkreślał wagę Prawa i obyczajów („nie wolno zmienić nawet przecinka”- głosił), ale Św. Paweł podejmując decyzję o budowie Kościoła Powszechnego rozpoczął nieuchronny i zrozumiały proces izolacji judaizmu od chrześcijaństwa.
Język, którym posługiwał się Jezus, Jego Matka i uczniowie, został wyparty przez grekę i łacinę; symbole judaizmu zastąpiono nowymi (Kościół, jak nowa firma, musiał mieć swoje oryginalne „logo”: krzyż, rybę itd.); żydowskie święta wyparły święta nowe (i msza, w czasie której za każdym razem dochodzi do przeistoczenia chleba i wina w realne ciało i krew Boga) itd.
Separacją byli zainteresowani w takim samym stopniu jak chrześcijanie, również i ci Żydzi (większość), którzy uznali Jezusa za bluźniercę i pozostali wierni wyłącznie staremu Prawu.
Pamiętajmy, że przez setki lat w Europie praktycznie nie było ludzi niewierzących w boskość Jezusa; Żydzi pozostawali w większości państw jedynymi (u nas byli jeszcze przez chwilę Bracia Polscy i dłużej Tatarzy), których tolerowano (od czasu do czasu urządzając ich pogromy, tak żeby nie było wątpliwości, że obecność Żydów upierających się w swym oczekiwaniu na Mesjasza, jest właściwie nie do zniesienia). Wyjątkiem od europejskiej normy była Polska, a później Rzeczpospolita Obojga Narodów; z powodów, których zapewne do końca nigdy nie zrozumiemy (łatwo wykpić się od ignorancji, stwierdzeniem o przyrodzonej łagodności Lechitów…)
Jeżeli z pokorą przyjmiemy do wiadomości, jak zachowywali się Europejczycy przez większą część historii starego kontynentu (wojny i wyrzynanie wrogów zewnętrznych i wewnętrznych były standardem jeszcze do niedawna), to nasze zdziwienie powinien budzić nie fakt prześladowania Żydów, ale przeciwnie: ich względnie dobre traktowanie.
O dialogu między judaizmem, a chrześcijaństwem nie mogło być mowy. Żadna ze stron go nie potrzebowała i obydwie uznały dawno temu, że taki dialog byłby groźny dla religijnej tożsamości (a nuż przekonano by Żydów, że jednak Jezus był Bogiem i vice versa: chrześcijan, że jednak nie). Wspólne sąsiedztwo i ludzka ciekawość „innego”- tak; ale dialog przez wielkie „d”, na pewno nie.
Dopiero Sobór Watykański II i działalność Wojtyły, miały przełamać na dobre wzajemną niechęć i uprzedzenia.
Od tej pory, Żyd, protestant i ateista mogą być zbawieni. No i można się wreszcie zakochać i ożenić z Żydówką w Kościele… Tylko tyle i aż tyle (o wiele pogromów i jeden Holocaust za późno).
Co więcej, poza wyciszeniem duchowego obrzydzenia (zakładając, że ono jednak trwa) obydwie strony miałyby osiągnąć? Tego nie wie nikt. Dla polskich katolików Jezus jest Bogiem Wcielonym i Jego żydowskość nie ma prawie żadnego znaczenia. Przełom mógłby nastąpić tylko wtedy, gdyby Kościół zaczął znowu używać powszechnie symboli judaizmu (menora w każdym kościele itd.) i być może kilka razy w roku nakazał odprawianie mszy po hebrajsku, czy aramejsku. Tymczasem ciężko się doczekać nawet na małą zmianę, jaką byłoby czytanie innej niż Jana, Ewangelii w czasie Świąt Wielkiej Nocy (Św. Jan miał już określoną grupę docelową słuchaczy i czytelników, dlatego używał słowa Żyd jako synonimu niechrześcijanina i najczęściej wroga nowej religii).
Z kolei dla Żydów wyznających judaizm, właściwie żaden gest Kościoła nie ma już większego znaczenia (czasy prześladowań wszak bezpowrotnie minęły). Jezus był, jest i pozostanie zagrożeniem dla żydowskiej tożsamości religijnej (większym bądź mniejszym, w zależności od tego jak owa tożsamość i przez kogo jest budowana).
Teoretycznie więc, znacznie łatwiej byłoby się polskiemu katolikowi dogadać z ateistą Woody Allenem, który z Jezusa Żyda jest dumny (bo ma gdzieś religię jako taką), niż żydowskim ortodoksem (wiadomo jednak: Żyd Allen Żydem pozostanie, choćby przeszedł na buddyzm; a na dodatek Żyd liberał i hedonista, to już prawie żydokomuna).
Po co jest więc „demaskatorom” dialog chrześcijaństwa i judaizmu (przesadne traktowanie jego wagi)? Dokładnie po to (samo), co europejskość, nowoczesność i demokracja; stosunek do dialogu jest jednym z papierków lakmusowych: jesteś za, to znaczy, że nie należysz do ciemnogrodu; przeciw: to przeszedłeś na rydzykową stronę mocy.
Do czego służy dialog „żarliwym patriotom”? Do upewnienia się, że Żyd zawsze odpłaci niewdzięcznością za wyciągniętą do niego rękę („a widzicie, nasz Jan Paweł tyle dla nich zrobił, a oni i tak nie wierzą w Jezusa i judzą przeciwko Polsce”) i że „demaskatorzy” są głupi oraz pełni złych intencji („im nie chodzi o antysemityzm; im chodzi o to, żeby zrobić z nas ciemnogród”).
A co z tymi, którzy dialog między religijny, z racjonalnych pobudek, mają, kolokwialnie rzecz ujmując, w głębokim poważaniu albo nie spodziewają się po nim więcej, niż miała znaczyć tolerancja w I Rzeczpospolitej (dosyć oczywiste jest, że obydwie religie na zawsze pozostaną odseparowane; tak samo jak to, że przynależność do jakiejkolwiek religii nie determinuje ani patriotyzmu, ani polskości jako takiej)?

Żyd i demokracja

Obydwa obozy są pełne demokratów: z jednej strony mamy do czynienia z demokratami liberalnymi, z drugiej: narodowymi. Wydaje się, że „demaskatorzy” mają z demokracją większy problem niż „żarliwi patrioci” (w większości neo endecy); ci ostatni bowiem naprawdę w demokrację (narodową) wierzą; mając po swojej stronie skutki, jakie przyniosła Polsce dziejowa zawierucha; zrealizowało się bowiem marzenie Romana Dmowskiego o „piastowskich” granicach i państwie właściwie mono etnicznym, w którym brakuje również nielubianych przez Pana Romana potomków polskiej szlachty. Polska jest dzisiaj chłopska jak nigdy wcześniej i chyba równie antysemicka, jak przed wojną (wziąwszy pod uwagę fakt braku trzech milionów Żydów).
Liberalni demokraci muszą bronić często Żydów przed demokracją, co jest dla nich („demaskatorów”-liberałów) sytuacją mocno niekomfortową (lepiej byłoby w ogóle nie robić badań dotyczących stosunku do Żydów).

A przecież polska historia doskonale opowiada zależność między demokracją, a antysemityzmem.
W I Rzeczpospolitej rządzonej przez elity, które wzorców ustrojowych szukały w Rzymie i Grecji (twórczo je rozwijając), a dzieci wysyłały na studia do zachodniej Europy, antysemityzmu nie było.
 Ba, niewiele mamy też dowodów na jakiś, choćby lokalny, anty judaizm. Przeciwnie: Żydom nadawano czasami szlachectwo (na Litwie masowo), Żydów przed wściekłym motłochem broniono (kniaź Jarema w czasie tzw. powstania Chmielnickiego), Żydom przyznawano chroniące ich prawa (już za Piastów), wreszcie widziano w nich zalążek polskiego stanu trzeciego (Konstytucja 3 maja).
Dopiero brak Państwa, które potrafi narzucić formę (nie prosi o nią, ale wymusza!), stał się dla Żydów początkiem gehenny, której koniec zaznaczają płonące stodoły, powojenne mordy i Dworzec Gdański w marcu 68’.
Nawet w II Rzeczpospolitej widać, jak bardzo światła dyktatura, nawiązująca do najlepszej polskiej tradycji, Żydom sprzyja i jak bardzo ludowo-narodowa demokracja jest zapowiedzią jeżeli nie przyzwolenia, to na pewno obojętności na Zagładę. Dopóki żyje wielki Piłsudski, dopóty Dmowski, ks. Kolbe i stojący za nimi dziesiątkami tysięcy polscy chłopi, rzemieślnicy i księża, nie mogą nawet marzyć o „Polsce dla Polaków”. Po śmierci Marszałka getto ławkowe i prawna dyskryminacja Żydów mają już zielone światło.
Tak samo rzeczy się mają w PRL-u. Wystarcza, że partia (współtworzona przez Żydów) ma taką potrzebę, by użyć antysemityzmu do wewnętrznych przetasowań i daje przyzwolenie na „spontaniczny” i „demokratyczny” gniew ludu, by ten dał wyraz swoim odczuciom do „Syjonistów”.
Problem z polskim antysemityzmem, jest więc również związany z polską demokracją pozbawioną elit: odważnych i zakorzenionych w tradycji I Rzeczpospolitej.
Obóz „żarliwych patriotów” się z tego cieszy, bo chce budować nowe elity: narodowe. Obóz „demaskatorów” uciekł przed polskim ludem i polską tożsamością „do Europy”, narażając się na oskarżenia (po części słuszne) o: intelektualne lenistwo (po co myśleć, skoro wszystko „w Europie” już wymyślono), tchórzostwo (strach przed chamem) i wyrzeknięcie się polskiej tożsamości („albo Europa albo polski nacjonalizm”).

Nadreprezentowany Żyd, który morduje

Orwellowskie dwumyślenie i skrajną hipokryzję jeszcze lepiej widać, kiedy przyjrzymy się stosunkowi obydwu obozów do udziału Żydów (i Polaków) w budowie komunistycznej dyktatury.
„Demaskatorzy” najchętniej „odżydziliby” komunistów żydowskiego pochodzenia, analogicznie do tego, co robią „żarliwi patrioci” z Polakami dokonującymi zbrodni w czasie i po wojnie („to nie Polacy, to jednostki zdegenerowane”; „to nie Żydzi to po prostu stalinowscy komuniści” itp).
Jednej i drugiej stronie brakuje elementarnej wrażliwości i choćby próby zrozumienia okoliczności, w których żołnierze polskiego podziemia niepodległościowego mordowali Żydów („każdy Żyd to potencjalny komunista”), a żydowscy oprawcy z UB, żołnierzy wyklętych („każdy AK-owiec to faszysta”).
A przecież nietrudno wyobrazić sobie koszmar żołnierzy Armii Krajowej, czy Narodowych Sił Zbrojnych, którzy po sześciu latach walki zbrojnej, nie tylko nie dostają należnej im nagrody (powrót do normalności, w glorii chwały i bohaterstwa), ale muszą bronić swojego życia i niepodległej Polski (cel beznadziejny) przed nowym okupantem.
Podobnie rzecz się ma z ocalonymi z Holocaustu Żydami, pamiętającymi przedwojenny antysemityzm, getto, obozy zagłady i stosunek wielu Polaków do tych, którzy próbowali ukryć siebie i swoje rodziny przed niemieckim barbarzyństwem. Oferta złożona Żydom przez zwycięzców, musiała być kusząca i w sytuacji niewyobrażalnej traumy, została przez wielu przyjęta (reszta ocalonych z Zagłady wyjechała na Zachód).
Nie chodzi oczywiście o usprawiedliwianie zbrodni polskiego podziemia, czy bestialstwa stalinowskich katów, ale o próbę zrozumienia motywacji, wpływu okoliczności itd.
Wyraźnie też widać, jak przedstawiciele obydwu obozów wierzą w przyrodzone człowiekowi dobro (oczywiście bycie dobrym jest zarezerwowane do wybranych przez siebie zbiorów: „dobrzy i cierpiący Polacy”; „dobrzy i niewinni Żydzi”). Jednych i drugich zaskakuje fakt, że przedstawiciele grup, których są rzecznikami, posuwają się do najohydniejszych zbrodni. Taka naiwność w odniesieniu do ludzkiej kondycji moralnej, musi wpływać na racjonalne postrzeganie rzeczywistości.
Z bycia dobrym wynika przecież wiara w odporność na pokusę czynienia zła. I tak „żarliwi patrioci” nie tylko usprawiedliwiają każdą polską zbrodnię, ale przypisują Żydom skłonność do nielojalności wobec Polski i łatwość z jaką przyjęli sowiecką ofertę. Nie chcą przy tym zauważyć, że „nadreprezentowanych” Żydów w komunistycznej bezpiece były tysiące, a polskich chłopów (katolików!) wstępujących do PPR setki tysięcy. Przyjęcie do wiadomości faktu, że miliony Polaków (3 miliony członków PZPR za Gierka) uznało PRL za swoje państwo, ciągle nie chce się przebić do świadomości historyków, publicystów i apologetów neo endecji.
Tak samo jest zresztą z „demaskatorami”, którzy skwapliwie pomijają badania dotyczące stosunku współczesnych Polaków do PRL-u. Wynika z nich bowiem jednoznacznie, że ogromna część Polaków nie ceni ani wolności, ani demokracji (tęskniąc za „komuną”).
Ciekawie też wygląda opinia obydwu obozów na sprawy związane z religijną tożsamością tych, którzy popełniali zbrodnie. Okazuje się przecież, że 1000 lat trwająca chrystianizacja i ewangelizacja, nie przyniosła często żadnych rezultatów! Oczywiście prym wiodą tutaj protestancko-katolickie Niemcy, które tak ochoczo porzucają chrześcijańskie przesłanie miłości bliźniego na rzecz rasistowskiej, skrajnie nacjonalistycznej i morderczej ideologii.
Ale fakt, że polscy katolicy w swej masie pozostają obojętni wobec Zagłady, a później setkami tysięcy zasilają nie podziemie niepodległościowe, ale formacje nowego okupanta (nienawidzącego religii!), też uprawnia do stwierdzenia, że polski Kościół jako instytucja stojąca na straży moralności poniósł gigantyczną klęskę.
Podobnie ma się rzecz z Żydami, którzy wyrzekli się swojej tożsamości (religia definiowała jednak przynależność do żydowskiej diaspory w dużym stopniu) i nieśli na czerwonych sztandarach ideologię nienawiści, której ofiarą padło na świecie kilkadziesiąt milionów ludzi.
„Żarliwi patrioci” posługujący się zbitką pojęciową żydokomuny, zapominają oczywiście, że większość Żydów, nie miała przed wojną żadnych związków z komunizmem i że rewolucja bolszewicka niszczyła judaizm z taką samą gorliwością, jak chrześcijaństwo. Żydokomuna jest więc pojęciem kompletnie zafałszowanym, bo sugeruje, że prawie każdy Żyd był gotowy zostać komunistą, co jest nie tylko bzdurą, ale i w prostej linii myślą krewniaczą do tych zawartych w Main Kampf (w tym punkcie każdy „żarliwy patriota” staje się po prostu antysemitą).
Wybiórczość w doborze faktów i podwójne standardy ocen moralnych, tak najkrócej można opisać stosunek obydwu obozów do zbrodni polskich i żydowskich.

Everybody hates the Jews

Tom Lehrer w świetnym skeczu „National brotherhood week”, wymienia po kolei nienawidzące się nawzajem grupy etniczne zamieszkujące Stany Zjednoczone, kończąc znamienną frazą: „… a wszyscy nienawidzą Żydów…”.
Z dyskusji o stosunkach polsko-żydowskich (podział totalnie głupi, bo kto był bardziej Polakiem od Korczaka, Schulza, czy Leśmiana…) europejskie tło albo znika, albo znowu służy podpieraniu z góry przyjętej tezy.
Warto więc może przypomnieć, że w ogarniętej wojną Europie, Żydów zdradzili i popełnili na nich zbrodnie właściwie… wszyscy.
Najpierw oczywiście Niemcy; później ich sojusznicy: Austriacy, Rumuni, Ukraińcy, Finowie, Bałtowie, Węgrzy, Słowacy, Bułgarzy, Hiszpanie, no i Włosi (plus milczący do końca Watykan); następnie narody okupowane, od Francuzów począwszy, przez Duńczyków (długo nikt nie zauważał ich udziału w formacjach zbrojnych III Rzeszy), Norwegów (do XIX wieku Żydom nie wolno było się w Norwegii osiedlać!), a skończywszy na Polakach.
Udział w Holocauście był, ma się rozumieć, różny; ale zdrada, „braci starszych w wierze” i obywateli cywilizowanych jakoby państw, którzy współtworzyli ich kulturę i pomnażali materialny dorobek, powszechna.
Europejczycy zachowali się po prostu wobec Zagłady obrzydliwie.
Jak wypada Polska na tym tle? Można by rzec, że świetnie, bo Polskie Państwo Podziemne nie przyłożyło ręki do największego w historii mordu (tak jak zrobiło to kolaborujące z nazistami państwo Vichy). A jak wypadli Polacy? Równie beznadziejnie, jak Francuzi z ich 150 letnią tradycją równości, wolności i braterstwa (nawet zakwalifikowanie „słowiańskich” Polaków do kasty podludzi, nie zbliżyło nas w solidarnym geście do odczłowieczonych przez nazistów Żydów) .
Najwyższy już czas, by ujrzeć samych siebie takimi, jakimi jesteśmy. W sprzyjających okolicznościach ogromna większość z nas to ludzie zwyczajnie źli. I to powinien być punkt wyjścia do każdej dyskusji o przyczynach popełnianych zbrodni i reakcji na nie. Jeżeli nawet tego nie nauczyły nas: Holocaust i stalinowskie zbrodnie, to znaczy, że nie nauczyły nas niczego…

Michał Augustyn

Opublikowano: Liberte