Paryż-Mekka-Warszawa-Paryż

Większość żyje chwilą… Chwila trwa wiecznie, dzięki głupim i pazernym mediom, które wiedzą, że większość żyje chwilą i zarabiają na tym. Ok: więc Paryż (oglądany z Warszawy; podróży do Mekki nie było).

W świecie uproszczeń Zły musi być i jest jasno zdefiniowany; takie jest zapotrzebowanie większości żyjącej chwilą (u nas: niedouczonej, sfrustrowanej, biednej; tam, czyli po zachodniej stronie Łaby: po mieszczańsku porządnej, kulturalnej, sytej; przyzwyczajonej do tego, że bliskie jutro jest lepsze od słodkiego dzisiaj i dlatego przestraszonej wizją chaosu). Złym na Zachodzie jest coraz częściej muzułmanin (jeszcze nie każdy muzułmanin, ale z każdym kolejnym zamachem…). Definicja Złego w Polsce jest prostsza, bo i lud u nas prostszy. Sto tysięcy ludzi przemaszerowało ulicami Warszawy pod hasłem partii, która przekreślała dorobek Rzeczpospolitej Szlacheckiej, Polski Jagiellonów i Piastów (wielokulturowej, wielonarodowej… dla endeków ta Polska „pierwsza”, została dopasowana do ideologii, po to, żeby była jak najbardziej etnicznie i kulturowo „czysta”, „nasza” i służyła mitowi „królewskiego szczepu piastowego”-ave historiografia, ave polityka historyczna), partii której członkowie i sympatycy, poza kilkoma niewątpliwymi zasługami (dyplomacja bywa przydatna, choć prawie nigdy nie ma siły sprawczej; decyduje czyn: najczęściej siła armii) i niezłomnością nielicznych w czasie Wielkiej Wojny, której więc członkowie mieli rzadko na rękach, a zawsze na sumieniu krew niewinnych (bo antysemityzm mas, nie tylko na podglebiu antyjudaizmu wyrósł, ale przede wszystkim na powszechnej narodowo-demokratycznej propagandzie; a „chłopcy” z NSZ to nie były jednak zastępy aniołów bijących się w imię Królowej Polski pod flagą biało-czerwoną).

Jeżeli ci maszerujący, zyskują ciche przyzwolenie większości parlamentarnej (ave ja Jarosław, który zbawię was od nacjonalizmu zawierając z nim sojusz taktyczny) oraz aplauz wielu mediów (ave władza i jej kasa na reklamę dla pokornych i wersu przychylnego władzy)… jeżeli więc sto tysięcy Polaków chce Polski „narodowych-demokratów”, to Złym, obawiam się tego, może zostać u nas-niech to szlag, naprawdę prawie każdy.

Historia jest passe… Jeżeli się nią ktoś jeszcze zajmuje, to dla etertainment albo w służbie bieżącej polityki. Teoretycznie w demokracji z jej dostępem do informacji (dla nielicznych chcących) trudno ją mimo wszystko zredukować do filmu z przesłaniem: ave ja waleczne serce Gibson Mel (u nas do gniotów w stylu Miasta 44’), czy Muzeum Powstania (ave kleska, ave rzeź); zawsze się znajdą gotowi do jej odbrązawiania (dla kasy, dla sławy, z przekory, w imię zemsty na mitach, po to żeby coś załatwić dla siebie albo grupy, którą się reprezentuje; rzadziej w imię arystotelesowskiej prawdy i dbałości o higienę zbiorowej jaźni społeczeństw, której szkodzi megalomania, uproszczenie i nadmiar mitów). Teoretycznie, bo większość zajmuje się „tu i teraz”, a szkoda bo…

Sięgając do przeszłości, łatwo ujrzymy, że w kategoriach ilościowych (niech ofiary mi wybaczą) i jakościowych (proszę o wybaczenie raz jeszcze i proszę serio) nie ma większych zbrodniarzy od nas: białych mających związek, czy to z chrześcijańskim „dziedzictwem”, czy spuścizną oświecenia. Mordowaliśmy Złych w imię Boga w Trójcy Jedynego (wyrzekając się Go) albo rozumu (dowodząc jego braku). Mordowaliśmy Germanów, Słowian, Bałtów… kiedy już nie było tu Innych (poza Żydami, których mordowaliśmy od czasu do czasu, aż nadszedł dzień, kiedy w końcu wymordowaliśmy prawie wszystkich), mordowaliśmy Arabów i chrześcijan obrządku wschodniego, następnie mieszkańców obydwu Ameryk, Azji, Afryki, Australii (tamci też mordowali, ale te proporcje Panowie i Panie, te proporcje…). No i mordowaliśmy siebie nawzajem: w nieskończonej ilości wojen religijnych, plemiennych, honorowych, rodowych, domowych, stanowych, często nawet wojen bez żadnego niechby błahego powodu wybuchających…Mordowaliśmy też czarownice i czarowników: dziesiątkami tysięcy. My mordercy setek milionów ludzkich istnień. My twórcy nacjonalizmu. My twórcy nazizmu. My twórcy komunizmu. My pierwsi rewolucjoniści. My sprawcy wojny światowej jednej. My sprawcy wojny światowej drugiej. My i nasza nauka, z której jesteśmy dumni; z ampicyliny i bomby atomowej, z nawozów sztucznych i zatrutego powietrza, ziemi, wody. My Europejczycy. Kiedy udajemy teatralnie przesadnie „wstrząśniętych”, „oburzonych”, „zjednoczonych wokół naszych wartości”, to tym z nas, którzy się wyłamali z czasu teraźniejszego i wciąż pamiętają, co nieco z historii, chce się rzygać.

Islam to Koran, Koran to dżihad, dżihad to fanatycy islamscy, czyli terroryści… Bez owijania w bawełnę: to dziś jest papka jedynie słuszna-mainstreamowa; od tej papki są eksperci z tytułami naukowymi, całe instytuty, służby specjalne, ministrowie. I tak powoli, acz nieuchronnie papką nażerają się całe społeczeństwa, puchną od niej, chorują i paskudnieją. Papka skutkuje zwiększonymi do obrzydliwych rozmiarów wydatkami na armie białych mężczyzn, gotowych bronić wartości (choć nasi biali mężczyźni jadą na Bliski Wschód raczej zarabiać na nową furę i remont łazienki; może to i zdrowsze, takie bycie najemnikiem pod flaga biało-czerwoną; człowiek zabije kogo trzeba, zarobi i wróci; zamiast się bawić w przymuszanie do demokracji, praw człowieka i innych europejskich wynalazków).

Przypominam więc: tych z pokolenia 68’, co ochoczo machali czerwoną książeczką jednego z kilku największych zbrodniarzy w historii. Ilu z nich szczerze podziwiało „chłopców i dziewczęta” vel „towarzyszy i towarzyszki” z Frakcji Czerwonej Armii? Marksizm był przecież religią znacznej części europejskich elit przez półtora wieku, Marks, Engels, Lenin, Trocki jej prorokami. Czerwony dżihad. Prosty podział: my rewolucjoniści i oni: burżuazja, mieszczanie, kapitaliści… Dla nich bomba, dla nas raj: tu na ziemi, bo innego nie ma. Młodość i jej kult. „Idealiści” z RAF. Che na koszulce. I poniewczasie Czarna księga komunizmu, której prawie nikt nie przeczytał; taka wersja Szatańskich wersetów, dla powtórzę: dużej części europejskiej lewicy.

Terroryści… Czyli lewacy więc albo muzułmanie (ostatnio nawet Hitler zyskał w Polsce miano lewaka, bo w nazwie jego partii był przymiotnik „socjalistyczna”; ave polska edukacja, ave polskie media, którym powierzono misję… impossible jak się okazuje).

Zapytam: kiedy to Irlandzka Armia Republikańska zawiesiła zapalniki do bomb, na osikowym kołku wbitym w głupie serce narodowej dumy; w imię tak znienawidzonego przez macho i wredne „patriotyczne” suki porozumienia vel kompromisu; mimo wszystko i jednak w imię pokoju (przypominam: pacyfizm to wynalazek pedałów i liberałów, vide: Main Kampf i nasze swojskie, przepraszam: narodowe, Prosto z mostu)? No kiedy to było Panowie i Panie, katolicy i katoliczki? Sto lat temu? Chyba jednak nie… jeden klik i rzut oka w Wikipedię proszę… Nie tak dawno, może kilkanaście lat wolności od katolickich bomb, od których ginęli protestanci (kobiety i dzieci też) i brytyjskich (ave Imperium) kul, od których ginęli katolicy. I nie mówcie mi, że E, TAm, E, TAm, bo w Irlandii chodziło o zjednoczony kraj, a nie odwet na cywilizacji. Co z tego? W kraju Basków chodziło i chodzi o Kraj Basków dla Basków i znowu ginęły kobiety i dzieci. Zawsze o coś chodzi; czasem cel jest większy jak w mordach RAF, czasem mniejszy jak w zbrodniach ETA i IRA. Ja o tym, że terroryzmu też się mogli muzułmanie nauczyć od nas E u r o p e j c z y k ó w (gwoli sprawiedliwości: akty terroru mają na swoim koncie Żydzi-nieliczne, towarzyszące rodzącemu się państwu Izrael, ale jednak; Mandela-nieliczne, z rodzącą się u mnie pokusą do usprawiedliwienia, bo apartheid był potwornością, ale jednak; Hindusi; czarni w Afryce…). Terroryzm jest stary jak świat; nie jak świat islamu; jak świat. I na pewno nie obcy nam Europejczykom, kurwa jego mać.

Dywan… Mamy w domu dywan z Persji; pardon: z Iranu. Bardzo go lubimy; jest piękny. Płytki. W łazience mamy płytki z Maroka; bardzo je lubimy; są piękne. Kebab, lubię kebab; z frytkami i amerykańską colą. Lubię przyprawy Wschodu-ich smak i zapach. No i figi, które nie wiem dlaczego kojarzą mi się z Ali-babą (Boże on był metroseksualny) i czterdziestoma rozbójnikami (Boże, oni też byli terrorystami, tylko ja to przeoczyłem dziecięciem będąc…). Lubię patrzeć jak muzułmanie się modlą, bo jest w tym-takie mam wrażenie, więcej skupienia i oddania Bogu, niż w moich/naszych zdrowaśkach (choć, za co z góry przepraszam, pojawia się w mojej obrazoburczej łepetynie za każdym razem myśl, takie durne natrętne pytanie, no czy każdy z modlących się, zadbał o higienę stóp). Lubię wołanie muezina, choć wolę nasze dzwony (byle nie w wersji elektro-jeszcze jeden kicz, który szerzy się w Kościele Katolickim jak nieuleczalna zaraza po Soborze). Oglądałem też kilka filmów z Iranu; bardzo dobre kino. O i czytałem jedną książkę Pamuka. To była naprawdę niezła książka i Nobel mu się należał.

W ogóle to lubię, jak obok mnie żyją kulturalni ludzie, którzy się czymś interesują, mają jakieś przekonania, potrafią o nich z pasją mówić. Pasja mnie cieszy. Fanatyzm-brzydzi. Chociaż jestem katolikiem, to życzyłbym więc sobie żyć po sąsiedzku np. z Żydem i muzułmaninem też-czemu nie; byle wszyscy byli „pokojowo nastawieni”, no i jednak odrobinę zakochani w polskiej kulturze (co nie wyklucza przecież do cholery miłości do „swojej” kultury, tradycji, religii). Obok mnie żyją sami Polacy, od święta katolicy i to jest nudne; na dodatek większość moich rodaków ma z kulturą tyle wspólnego, ile mają ze sztuką, sklepy ze skrótem art. w nazwie.

Kupiłem sobie niedawno Koran; jak to dzisiaj mówią: szału nie ma; może tłumaczenie jest kulawe i nie oddaje podobno pięknej melodii wersów każdej z sur; kilka fragmentów jest jednak świetnych-taki duchowy czad; podoba mi się też idea, że Koran był od zawsze; muzułmanie chcą, żeby Koran był Księgą Wszystkich Ksiąg (Bruno Schulz też marzył o Takiej, a ja bardzo lubię Bruno Schulza) i to też jest bardzo piękne w islamie. Wolę jednak opowieść o Jezusie z Nazaretu; zdecydowanie i do grobowej deski. Wolę też liberalną demokrację od szariatu; zdecydowanie wolę (jeszcze bardziej cieszyłaby mnie republika z silną elitą i królem plus demokracją powszechną na poziomie gminy; czyli jak w I-szej Rzeczypospolitej tylko lepiej, bo bez stanowego egoizmu); inaczej: szariat tu nie przejdzie-nigdy, no way i to jest przecież oczywiste; dlatego ostatnią książkę Houellebecqa uważam za bzdet (ani to śmieszne, ani straszne).

Cóż, na żadną wojenkę cywilizacji mnie nie namówicie. Determinizm Darwina przełożony na relacje międzyludzkie mnie brzydzi, determinizm Marksa jeszcze bardziej więc i Huntingtona też. Mamy nad światem islamu taką przewagę technologiczną, że możemy go zmiażdżyć. Ale nie ma ani takiej potrzeby, ani takiego prawa, które pozwalałyby nam mordować miliony muzułmanów. Pokój niech będzie z nami i z nimi, pomiędzy nimi a nami. Rozwiązania problemów się znajdą. Zacznijmy od tego, że przestaniemy żyć chwilą, zanim kompletnie zgłupniemy. Spójrzmy za siebie, na siebie i przed siebie. A kto chce mnie namawiać na wojnę cywilizacji, temu mówię: weź mnie człowieku Naprawdę Zły w dupę pocałuj i palnij się w pusty łeb kretynie. Salam alejkum!

Król

Spór między Keynesem, Friedmanem, Hayekiem i Misesem (ten i parę innych) rozstrzygnął w okolicy trzydziestki (w zmieniających się okolicznościach określ, co znaczy: "maksimum Balcerowicza" ), czyli mniej więcej wówczas, kiedy wyrzucali go z drugiej partii, do której należał (powód był ten sam: zadawał pytania właśnie wtedy, kiedy skarlały wódz rzucał karykaturę programu, sprowadzającą się do tego, jak administrować państwem leżącym na obrzeżu cywilizacji z pożytkiem dla wszystkich członków partii i ich rodzin). Rozstał się z polityką na lat kilkanaście i nigdy by do niej nie wrócił, gdyby nie splot okoliczności, który co przyzna każdy, kto się nad tym choć chwilę zastanowi, miał raczej przynieść koniec wątłej od zawsze egzystencji jego kraju, a nie triumf i chwałę na miarę dokonań wieków dawno minionych i po prawdzie przez większość zapomnianych albo zredukowanych do husarskich skrzydeł z plastiku przywdziewanych na czas mistrzostw w tym, czy owym (sport tolerował, ale widoku tłumów brzuchatych rodaków wyjących jak dzikusy z powodu dobrze odbitej piłki, nie znosił).

Czytaj dalej Król

Zabawa kontra praca (szkoła AD 2015)

Zabawa kontra praca. Umiejętności kontra wiedza. Wolność w dążeniu do odkrywania własnych potrzeb i talentów kontra przymus. Brak ocen, czyli system wzmocnień pozytywnych kontra ocenianie. Tylnymi drzwiami do polskiej szkoły wchodzi nie tylko osławiona gender, ale ideologia, której celem jest totalny egalitaryzm. Zrealizować ten cel można tylko w jeden sposób: trzeba przestać wymagać, porównywać, zmuszać do pracy, zmieniając przy tym znaczenia słów, manipulując, zamazując różnice; wszystko to pod płaszczykiem troski o dzieci, w imię nowoczesności albo buntu przeciwko starym formom, metodom, wartościom…

Dlaczego moja córka nie dostaje tradycyjnych ocen (zastąpiono je oceną opisową)? Czyżby dlatego, że wadą tradycyjnego oceniania był (bezdyskusyjnie) nieprecyzyjny opis zdobytej wiedzy i umiejętności (co właściwie znaczy czwórka z wypracowania, niepoparta komentarzem sprawdzającego)? Otóż nie! Problemem jest ocenianie samo w sobie: zawsze dyskryminujące, wzmacniające hierarchiczność a nie równość, będące przyczyną dyskomfortu (inni są w czymś lepsi ode mnie) i stresu (szkoła jako miejsce tortur i kuźnia kadr organizacji, przebranych w jednakowe brunatne bądź czarne koszule). Niedoskonałość tradycyjnego modelu oceniania nie zostaje usunięta, w celu dostarczenia uczniowi, nauczycielowi i rodzicom (przeprasza: opiekunom prawnym) informacji o postępach (oraz lukach w wiedzy i umiejętnościach). Z polskiej szkoły ruguje się tradycyjny system oceniania, w imię egalitarnego totalizmu i równania w dół (koniec wieńczy dzieło: maturę z zakresu podstawowego można zdać otrzymując jedynie 30% punktów!). Żeby równościowa ideologia nie rozjeżdżała się zanadto z rzeczywistością, trzeba powoli dostosować sprawdziany zewnętrzne do jej potrzeb (mogłoby się okazać, że skutkiem nowych światłych metod jest katastrofa mierzona niskimi osiągnięciami uczniów); dlatego krok po kroku w polskiej szkole zaczyna zadomawiać się nowy język (służebny wobec nakreślonych celów), którego jaskrawym przykładem jest zmiana znaczenia słowa inteligencja. Nie ma już inteligencji rozumianej jako szybkość myślenia, umiejętność kojarzenia ze sobą faktów, błyskotliwość; jest za to "inteligencja emocjonalna" (konotacje z demokracją ludową jak najbardziej uzasadnione). Każde dziecko jest przecież "inteligentne inaczej": stąd inteligencja plastyczna, inteligencja muzyczna, inteligencja ruchowa… Każdą z tych "inteligencji" można i trzeba (!) docenić; stąd już krok do tego, by zrównać ze sobą talent matematyczny i umiejętność robienia wycinanek z papieru (geniusz Einsteina można zrównać z talentem kogoś robiącego piękne łowickie ozdoby). Pół biedy, gdyby zmiany dotyczyły indywidualizacji: dostosowania metod do zdolności (potencjału) ucznia. Nowa równościowa ideologia z góry jednak zakłada, że faktycznie dyskryminowane będą te dzieci, które są inteligentne i mogą osiągnąć świetne wyniki w dziedzinach, dla większości trudnych. Większość bowiem zawsze miała problem ze zrozumieniem równań różniczkowych, teorii względności Einsteina itd. Dlatego polska szkoła coraz bardziej będzie odchodziła od uczenia tego, co większości "i tak się do niczego nie przyda", coraz mocniej nacisk kładąc na umiejętności (w tym interpersonalne), które są w opanowaniu zdecydowanie łatwiejsze od podręcznika mechatroniki.

Zadałem wychowawczyni mojej córki (druga klasa szkoły podstawowej) pytanie, czy widziała kiedykolwiek w przyrodzie trójkąt prostokątny i czy starożytnym Grekom "w życiu codziennym" potrzebna była wiedza o sinusie, cosinusie, tangensie i kotangensie… Oczywiście nie odpowiedziała; jej wiara w nowoczesne metody nauczania i zaangażowanie w budowanie egalitarystycznego systemu, który zakończy niechlubne już ponad dwieście lat polskiej edukacji opartej na wierze w ciężką pracę (do której ucznia się o zgrozo zmusza), już zastąpiły u tej skądinąd sympatycznej osoby, zdrowy rozsądek. Wychowawczyni mojej córki wątpi w to (słusznie), że jesteśmy w stanie opisać, odgadnąć przyszłość; nie wiemy jakie dziedziny gospodarki się rozwiną, a jakie upadną albo staną się mniej ważne. Z takiej przesłanki, dochodzi ona jednak do kuriozalnych wniosków. Otóż, jej zdaniem sukces (jakkolwiek by go rozumieć) mojemu dziecku mają zapewnić umiejętności, a nie wiedza. Umiejętność pracy w grupie, elastyczność (związana z koniecznością zmiany pracy w trakcie swojego życia), samorealizacja, kreatywność i oczywiście realizacja nadrzędnego celu jakim jest szczęście (smutni refleksyjni powinni być eksterminowani); wszystko to podporządkowane dyktatowi praktyczności, co jest przecież sprzecznością samą w sobie: wszak skoro nie wiadomo, co się konkretnie przyda, to nie wiadomo też czego należałoby nauczać. Matematyka poza podstawowymi umiejętnościami potrzebnymi np. do zrobienia zakupów, jest niepraktyczna; wiedza o budowie pierwotniaka też nie (jakby już to kogoś zainteresowało, to zawsze może sobie wyguglować). Z polskiej szkoły wyrzuca się dzisiaj to, co było fundamentem sukcesu naszej cywilizacji; zdolność do abstrakcyjnego myślenia, do budowaniu wzorów, które są zarówno pięknem same w sobie jak i najlepszym instrumentem opisu materialnego świata… wszystko to przestaje być potrzebne. A przecież ogromna większości wynalazków, rozwój techniczny i medycyny nie były możliwe w cywilizacjach, które inaczej niż nasza, nie postawiły na piedestale krytycznego myślenia, imperatywu dążenia do prawdy itd. To my, tutaj w Europie dzięki matematyce, filozofii, rzymskiemu prawu zbudowaliśmy zbiór vel system (wielką Bibliotekę), z którego czerpie świat.

Dlaczego więc polska szkoła nie chce zauważyć, że ekonomiczny sukces odnoszą wciąż ci, którzy z matematyką są za pan brat; że zaawansowane technologie nie są dziełem troglodytów zdających maturę na 30%, tylko absolwentów wielkich uniwersytetów wymagających od swoich studentów ogromnej wiedzy, a nie umiejętności w pierwszym rzędzie… Wysoce praktyczne są bowiem rzeczy/dziedziny, które z pozoru niczemu nie służą. Problem polega jednak na tym, że nie da się pogodzić osiągania wysokich wyników w matematyce, fizyce, chemii z obłędem egalitaryzmu. Głosiciele nowej prawdy edukacyjnej nie chcą odpowiedzieć na pytanie: nad czym pracować będzie w grupie ktoś, kto nie ma żadnej albo ma minimalną wiedzę? Do czego ma odwołać się mózg pozbawiony informacji, czym ma się żywić, na czym budować osławioną kreatywność?

Przychodzi mi do głowy przerażająca konstatacja, że "ktoś" realizuje swoje cele w imię motta: "szczęśliwi są tylko głupcy, czyż nie warto być głupcem" i przypomina się straszny czas, kiedy Polacy jako naród podludzi mieli się zajmować jedynie praktycznymi aspektami życia, będąc we władzy i na usługach swoich nordyckich panów …

Mamy w pop kulturze mit Forresta Gampa: mało rozgarniętego, acz poczciwego człowieka, który mimo braku wykształcenia, niskiego IQ (inteligencja w tradycyjnym tego słowa znaczeniu), osiąga sukces (sławę, pieniądze, podziw i sympatię bliźnich). Nowa egalitarystyczna ideologia, która zaczyna święcić triumfy w polskiej szkole, do takiego mitu wprost się odnosi. Z wyjątku (fartowny splot okoliczności, dobre serce i czasami… jednak ciężka praca) czyni się przy tym regułę; obiecując naiwnym rodzicom, spełnienie ich snu o szczęśliwym dziecku sukcesu (bo właśnie o tym marzy większość rodziców). Obietnica opakowana jest w pełen pakiet edukacyjnych usług, który obejmuje: troskę o dobre samopoczucie ucznia, wykluczające stres, presję, przymus, ocenianie, a także: dbałość o indywidualne jego potrzeby i koniecznie: wydobycie na światło dzienne jego ukrytych talentów (co do istnienia których nie ma wątpliwości). Każdy może osiągnąć sukces (jeżeli nie będzie to sukces finansowy, sława, uznanie innych…, wypełnimy to pojęcie takimi znaczeniami, by dowieść, że założone cele zostały zrealizowane); każde staranie jest wartościowe bez względu na efekt i musi być należycie ocenione (świetny wynik prawem nie towarem okupionym wysiłkiem); każda dziecięca potrzeba musi zostać zauważona i zaspokojona itd.

Otóż gdyby moje dzieci miały same decydować co zjedzą: wybrałyby McDonalda na co dzień i duuuużo czekolady takoż. Gdyby miały wyłącznie same decydować jak spędzą wolny czas: syn grałby godzinami w Fifę, a córka oglądała Kucyki Little Pony. Gdyby miały wyłącznie same decydować o tym czego słuchają, wybrałyby m.in. disco polo, którego u mnie w domu słuchać nie pozwalam (z jednym wyjątkiem: zespołu, dla którego teksty pisał wybitny polski tekściarz). Gdyby miały czytać, co chcą, czytałyby komiksy Kaczora Donalda (zakładając, że w ogóle zechciałyby czytać). Gdyby mogły, jedząc, nie używałyby noża i widelca… itd.

Wychowanie nieodłącznie wiąże się bowiem z przymusem, który obok przykładu i zachęty jest niezbędny do osiągnięcia celu (mądry i dobry dorosły). Kocham swoje dzieci ponad życie, dlatego je do wielu rzeczy zmuszam; dzięki temu nauczyły się pływać, uczą się języka obcego, czytają książki, chodzą do Kościoła, na spacery, słuchają Procol Harum a nie Boys itd. Czy stosowany przez mnie przymus stoi w sprzeczności z dążeniem do realizacji własnych potrzeb, do odkrywania ukrytych talentów itd.? Oczywiście, że nie! Nie postuluję przecież powrotu do sytuacji, w której apodyktyczny ojciec dyktator, wytycza życiowe ścieżki swojemu potomstwu. Ale żeby moje dzieci mogły wybrać, muszą wiedzieć w czym mają wybierać; żeby mogły (jeżeli zechcą) odrzucić jakąś części naszego cywilizacyjnego dorobku, muszą go najpierw poznać itd.

Forrest Gump owszem kupił akcje Apple myśląc, że inwestuje w sadownictwo i zarobił sporo pieniędzy. Ale tylko dzięki twórcom Apple jego fuks był możliwy; bez ogródek: wioskowy głupek może liczyć na szczęście tylko wtedy, kiedy ciężko pracujący na swój sukces absolwenci świetnych szkół stworzą ku temu odpowiednie warunki.

Chronię więc swoje dzieci przed toksyczną wiarą w to, że bez wysiłku uda im się utrzymać siebie i swoje przyszłe rodziny; że bez względu na to, co będą robiły, uda im się przetrwać w dobrej kondycji.

Szkoła, obiecująca każdemu szczęście, spełnienie i przyszłość, w której docenione będzie wszystko to, co światu zaoferujemy, jest instytucja promująca kłamstwo; jest wrogiem rodzica, który chce wychowywać swoje dzieci i oczekuje (jak najbardziej zasadnie) od państwa, że mu w tym pomoże.

Michał Augustyn

Ps. Przed Świętami Bożego Narodzenia wziąłem udział w tzw. klasowej wigilii (dla polskiej szkoły zakres znaczeniowy słowa wigilia nie ma znaczenia), na której dzieciaki pokazały rodzicom świetne przedstawienie: były skrzaty, renifery i święty (wciąż) Mikołaj. Wyszedłbym na katolickiego oszołoma, gdybym protestował przeciwko takiej mieszaninie "nowej świeckiej tradycji" i form religijnych: nie protestowałem więc. Po bardzo udanym przedstawieniu (śmieszne i świetnie zagrane) odbył się poczęstunek (owa klasowa wigilia), w trakcie którego wychowawczyni mojej córki, chcąc nakłonić zebranych do kolędowania, użyła nowoczesnych narzędzi w postaci rzutnika i wyświetliła na ekranie tekst jednej z kolęd, z laptopa puszczając podkład w rytmie "polki galopki" (cytat za: "Tytus, Romek i Atomek). Miało wyjść z tego takie Bożonarodzeniowe karaoke. Jedne dzieci próbowały śpiewać, inne jadły, jeszcze inne ze sobą rozmawiały; były też takie, które stojąc przed rzutnikiem robiły "pajacyka"… Cóż: o tempora o mores, jak mawiali Rzymianie albo inaczej: witaj polska szkoło…

Dmowski

Mikołaj Mirowski i Kazimierz Wóycicki chcą, by oceniając Romana Dmowskiego pamiętać o "historycznej prawdzie" (nie piszą przy tym, czym różni się "historyczna prawda" od prawdy Arystotelesa). Bez wahania uznają przywódcę endecji za "wielkiego Polaka" (co jest sądem wartościującym i ma z prawdą niewiele wspólnego) i żądają, by pamiętając o "grzechach" (dlaczego nie zbrodniach?) Dmowskiego, nie zapominać o zasługach (w tym najważniejszej, zdaniem autora, czyli przyczynieniu się do odzyskania niepodległości Polski). Sam tekst jest wymownym świadectwem tego, że nie da się pisać o historii unikając ocen (wynikających z osobistych przekonań, uprzedzeń etc.); zadośćuczynię jednak żądaniu Mirowskiego i Wóycickiego; pisząc o Dmowskim (swoją bardzo krótką wersję opowieści o nim), postaram się nie wyrażać sądów ahistorycznych, nie będę pomijał faktów, historycznego tła (tzw. uwarunkowań) i nie zapomnę o dokonaniach "Pana Romana", którego z całego serca nie znoszę i którego dziedzictwo uważam za drugą obok marksizmu toksynę, zatruwającą polską duszę (życie polityczne, wybory Polaków etc.)

Czytaj dalej Dmowski

Żul City (przyczynek do przewodnika bardzo tendencyjnego)

Ten żul mnie dobił, przeważył szalę, był jak kontrapunkt, kropka nad „i” (może kreska w „Ł”), zbrodnia po długim jej wyczekiwaniu, kropla co przelała czarę goryczy, granica, po której przekroczeniu nic nie jest już takie jak… Krótko: w żulu objawiło mi się Żul Miasto.
Żul wyglądał jak kupka szmat i cuchnął jak przemoczone truchło psa; a kiedy dwóch policjantów go podniosło, zaczęły się z niego sypać larwy much, które złożyły jaja w żula przegniłych nogach. Leżał u zbiegu ulic Piotrkowskiej i Tuwima, przytulony do budynku, który straszy, bo jest pusty i nie wiadomo komu i czemu służy.
Moje miasto, jak żadne inne zasługuje na to, by je przyjezdnym wytłumaczyć, napisać dla nich specjalny przewodnik, pomyślałem, patrząc na rozpełzające się larwy, zaskoczone nagłym i gwałtownym ruchem swojej spiżarni…

Czytelniku niniejszego przewodnika, Turysto, który się tu wybrałeś, bądź wybrać się zamierzasz: „Z żula powstałeś i w żula się obrócisz”, taki napis widnieje na każdej z rogatek naszego Żul City. Tego się tutaj spodziewaj, to właśnie będzie ci dane.

Czytaj dalej Żul City (przyczynek do przewodnika bardzo tendencyjnego)

Unia Europejska: podróż na wschód albo koniec.

Grecka tragifarsa; francuskie wybory i francuski dług; hiszpański, portugalski i włoski zjazd po równi pochyłej; węgierskie prężenie muskułów za pieniądze z MFW; schizofrenia komisarzy: ciąć, a może stymulować; niemieckie hipokryzja, czyli ordnung  tak, ale traktat z Maastricht na razie nie… jeżeli ktoś dzisiaj wierzy                w przetrwanie Unii Europejskiej, to musi być albo jej wielkim fanem (wyznawcą) albo człowiekiem co najmniej niemądrym. Czytaj dalej Unia Europejska: podróż na wschód albo koniec.